Albion, Polska i postmoderniści

29 06 2008

Po długim czasie wznawiam moją publicystyczną działalność na moim blogu. Jak zwykle mam nadzieję, że będzie to działalność coraz bardziej systematyczna. Dziś będzie trochę poważnie, trochę śmiesznie, ale ostrzegam, długo…

Pierwszy wpis z Albionu, a będzie o starej Polsce i na dodatek bardzo politycznie. Nie wiem czy geografia ma wpływ na percepcje, ale coraz bardziej przekonuje się że odpowiedź jest twierdząca. Gdyby wykreślić pewnego rodzaju krzywą zależności postrzegania rzeczywistości był by to zapewne rodzaj sinusoidy, tyle że nieregularnej w swej okresowości. Gdyby pewna bardzo szanowana przezemnie osoba przez niektórych zwana pieszczotliwie “Babcią” zanalizowała poprzednie zdanie, zapewne siedział bym do końca życia. Niemniej jednak chodzi o to, że sposób mojej reakcji na wydarzenia w Polsce zmieniają się wraz z odległością, która dzieli mnie od Kraju nad Wisłą. W czasie mojego pobytu na Florydzie czytając wiadomości w Internecie znajdowałem się dokładnie 8 510 kilometrów od Krakowa. Niemniej nawet najbardziej szokujące wiadomości ciężkiego kalibru niezwykle mnie bawiły. A lekko nie było właśnie zawiązywała się koalicja PiSu i LiSu, premierem został Jarosław Kaczyński, znowelizowano ustawę medialną i podejmowano próby umieszczenia kilku przestępców w składzie Trybunału Konstytucyjnego. Dziś mieszkam zaledwie 1 518 kilometrów 293 metrów od Krakowa i co widzę? Oprócz kilku standardowych informacjach sezonu, typu już 8 szesnastolatków utopiło się tego lata w kałuży i innych szalenie cennych informacji matrymonialnych z życia warszawskiej śmietanki z niemal kązdego serwisu internetowego wygląda mnie Bolek, generał Sikorski (niezły NEWS- kotlet odgrzny po niemal 65 latach), Kochany Komuch, prezydent Michał Kamiński i jego Pitbul. Każdy tego typu nagłówek powoduje, że zbędna staje się poranna kawa, a krew się burzy mocniej niż ocean rozbijający się o klify spokojnego Albionu.

Co najciekawsze jedym tematem, o którym się namiętnie rozprawia to historia. Grzebanie we własnych śmieciach spowodowało, że Polska stała się ewenementem na skalę światową, partie polityczne zbierają poparcie nie jak to ma miejce w normalnym świecie prezentując program polityczny na kilka następnych lat, lecz określając swój stosunek do historii. Nie brak wizji polityki fiskalnej, lecz stosunek do eskhumacji zwłok generała może dopowadzić do drżenia nawet najbardziej stabilny rząd, a niejedną partię polityczną mógłby doprowadzić do zagłady. Cała ta sytuacja ma także głębsze tło, tak że obecna polityka dosłownie skręciła kark tradycyjnym podziałom politycznym. Najbardziej żenującym tego przykładem był niedawny spór przedstawicieli SLD i PiSu na antenie TVN. Senator PiSu (uwaga podobno PiS to partia prawicowa) broni się pazurami przed zarzutami o to że przykładał rękę do likwidacji PGRów: http://www.tvn24.pl/12690,1555340,wiadomosc.html. Cały system został rozciągnięty i skręcony, tak że prawa strona jest lewą, lewa jest środkiem, a środek stroną prawą. Oczywiście mówię o realiach na podstawie analizy obecnej sytuacji, a nie o poglądach samych zainteresowanych.

Moja własna analiza nie dąży to dyskredytacji polityków jak hipokrytów (ponieważ prawdopodobnie po raz pierwszy w historii III RP nie są oni hipokrytami) tylko do wskazania ważniejszego procesu. Politycy sięgnęli po cięższą broń. Oboma rękami czerpią z możliwości posmodernistycznej polityki, którą sami odrzucają notabene, a stawką o którą grają są podstawowe zasady funkcjonowania państwa. Wydaje wam się, że grają o oskarżenie Wałęsy? Nie, grają o historię. Demontując ją i narzucając jej własną wersję wygrają. Implementując własny język wygrają spór o ostateczny kształt państwa. To jest jak na logice. Wniosek zależy od przesłanek, zapomniano, że przesłanki mogą być przekonstruowane. W dzisiejszej Polsce nie ma ani walki klas, ani walki ras (to przyjdzie z czasem) jest za to walka o język debaty publicznej, walka o historię i sybolikę. Podając tylko jeden przykład, komu uda się zawładnąć językiem ten wygra, a językiem już od pewnego czasu rządzą właściwie konserwatyści (stąd niemal całkowity zanik lewicy w Polsce). Czy ktoś pamięta jeszcze kto to jest ciężarna, albo embrion? Chyba nie, raczej mówi się o matce i nienarodzonym dziecku. Czy aborcja jest zabójstwem, czy należy jej zabronić? eeee skoro mamy dziecko i je zabijamy to jest zabójstwo, no nie? Więc zakażmy aborcji, nawet w przypadku gwałtu czy ryzyka śmierci matki i dziecka. Przykładów jest więcej, właściwie walka toczy się w każdej sferze życia i nie omija nikogo, nie mówcie więc że nie interesujecie się polityką, bo polityka się interesuje Wami. Trzeba silnej woli i umiejętności analizy, aby obejść wszystkie nadstawione na nas pułapki.

Wracając do wiadomości. Najbardziej żenującą ilustracją żenujących newsów ze świata polityki są fora internetowe. Oczywiście jest to najlepsze miejsce, aby obserwować walkę o język. Na obecnym POziomie dyskusji wystarczy już tylko zerknąć na nick, by przewidzieć co zostanie naPiSane. Najbardziej śmieszną tendencją zauważoną przeze mnie zaraz PO ostatnich wyborach parlamentarnych jest PiSanie przez tak zwanych konserwatystów (nazwana przeze mnie grupa ludzi POpierająca szeroko POjętą POlską prawicę) dwóch liter PO z dużych liter, zawsze kiedy występują one razem jedna PO drugiej w tekście POstów, nawet jeśli dotyczą hodowli banana. POdejrzewam, że ma to związek z fanatyczną wiarą tej grupy sPOłecznej w teorie sPiSkowe. Praktyka PiSania PO z dużych liter ma przekonać resztę sPOłeczeństwa w sPiSek mediów, które eksPOnują PO zawsze w POzytywnym świetle, zaś PiS w negatywnym. Dodatkowo jeśli w POście pojawia się jakakolwiek forma krytyki, podkreślenie liter PO ma na celu POdświadome wperswadowanie czytelnikowi negatywnego stosunku do PO.

Mimo, że powyższe twierdzenie jest oczywiście moją własną, nieco naciągniętą teorią, to sam muszę się przyznać, że wypatrzyłem ostatnio sPiSek, wycelowany zresztą m. in. we mnie. SPiSek uknuty jest oczywiście jak to zwykle bywa przez fanatyków sPiSkowych teorii dziejów pochowanych w kawkowskich korytarzach budynku przy ulicy Woronicza w Stolicy. Jest to klasyczny przykład czarnej propagandy polegający na przkonaniu POlaków mieszkających w Albionie że spadający funt oraz podniesienie najniższej stawki podatkowej z 10 do 20% zrujnuje budżety ich i ich rodzin w Polsce i prędzej czy później i tak zmuszą ich do powrotu na łono ojczyzny. Nawet jeżeli warunki ekonomiczne nie wygonią naszych kochanych polonusów z Królestwa to zrobią to z pewnością konserwatyści, którzy niechybnie wygrają kolejne wybory i wraz z pomocą Anglików (którzy jak mówi Jakub T z Exeter to rasiści, czemu przyklaskuje cała tak zwana Polonia) wymiotą z całego Królestwa z wszystkich imigrantów. TVP, a za nim inne media (gdyby nie powtórzyły newsa, zapewne spadłaby im oglądalność) zalewają kraj tymi informacjami, które oczywiście jak łatwo się jest domyśleć są kompletnymi bzdurami. Informacja dotycząca konserwatystów (tym razem tych z Krainy Deszczowców) są tym śmieszniejsze, że w ostatnich miesiącach nieoficjalnym wodzem Polaków na Wyspach stał się poseł do Izby Gmin Daniel Kawczynski, który jest członkiem Partii… Konserwatywnej. Świadczyłoby to raczej że Królestwo jest krajem niezwykle tolerancyjnym, skoro Daniel Kawczynski Polak jak taki sam jak ja może w gronie swych rasistowskich kolegów Torysów wnosić projekt ustanowienia kolejnego święta państwowego upamiętniającego przybycie pierwszej polskiej falii imigracyjnej w latach czterdziestych, a nawet posuwa się do publicznej krytyki nietykalnego BBC, które jego zdaniem prowadzi politykę wymierzoną przeciwko przybyszów znad Wisły.

Jeśli chodzi o mnie, to nic na razie mnie nie ruszy ze Steel City. Bodoba mi się szalenie. Świeci słońce, nie ma upałów, mam dobre warunki do biegania i jazdy na rowerze (którego jeszcze nie mam). A najważniejszą informacją jest to, że dostałem się na studia…

***

Jeśli doczytałeś Marcin do tego miejsca, spodziewam się silnego feedback’u.

Pozdrawiam wszystkich





The season is officially opened!!!

25 04 2008

I stało się to właśnie wczoraj. Wydarzenie niby nic, ale warto to odnotować w elektronicznym pamiętniku, w którym od dawna przestały się pojawiać nowe interesujące posty.

Około godziny 20:00 zapłonęła pierwsza żagiew w grillu usytuowanym w ogrodzie przy mojej kamienicy (tzn tej w której mieszkam). Ogród jest synonimem dobrej zabawy i sielanki w centrum starego miasta od przynajmniej kilku pokoleń. Już mój dziadek z kumplami rozpijali przedwojenne piwo na podwórku między kurami i trzodą, dla której naturalne w owym czasie było środowisko miejskie. Wujek wraz z ojcem organizowali wódczane libacje w najszarszych dniach zamierzchłego ustroju, zaś dziś miejscówka zdominowana jest przeze mnie i mojego brata, a przynajmniej w kwestiach kulturalno-społecznych. Rodzince trzymają się utrzymania ogrodu tylko pod względami estetycznymi. Ogród jest absurdem, oazą wśród brudnego, szarego, nieprzyjaznego miasta i wszystkich jego konsekwencji. Największe świadectwo swej niezwykłej roli jaką pełni, (jakże popularny ostatnio stał się ten zwrot) był czas wizyty ojca świętego Benedykta XVI, kiedy Kraków ogarnęła prohibicja, a religijne śpiewy docierały z każdego zakątka miasta, a ulice zapełniły się bogobojnymi pielgrzymami w kanarkowych strojach. Ogród stał się wówczas miejscem wyjętym z czasu i przestrzeni. Kilkadziesiąt młodych ludzi bawiło się w strumieniach alkoholu, przy głośnej muzyce i krzykach  bez najmniejszych oznak bojaźni bożej. Co prawda jak w matrixie nie brakowało złych, próbujących unicestwić nasz mały świat, tym razem w postaci policyjnych agentów w śmigłowcu groźnie krążących nad ogrodem. To była jedna z najwspanialszych imprez, której widziały stare orzechowce. Widok rozświetlonego ogrodu przez pochodnie i małe świeczki rozstawione w trawie powalał równie mocno jak wypity alkohol.

Ogród sam w sobie jest fenomenem. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w centrum Krakowa znajdują się takie ogrmone powierzchnie zielone. Nasz ogród należy do wiekszego kompleksu usytuowanego w kwadracie ulic Karmelickiej, Garbarskiej, Łobzowskiej i Batorego. Nie znam metrażu, w każdym razie teren jest gigantyczny. Nie było jeszcze osoby, na której powierzchnia i układ miejsca nie zrobił piorunującego wrażenia. Układ alejek i klombów jest oryginalny i pochodzi z połowy XIX wieku. Każdego roku jestem świadkiem niezwykłych metamorfoz ogrodu, które zachodzą w ciągu 6 pór roku, w każdej ogród wygląda inaczej, co nie znaczy że zawsze dobrze, ale przełom kwietnia i maja należą do najpiękniejszych.

Never mind dość trucia o historycznych odniesieniach, czas na relacje z wczorajszej nasiadówki. Miała być tylko jedna osoba, ale jak zwykle przez ogród przewinęło się o 1000% więcej osób. Głównym tematem wczorajszej imprezy były plany. Plan na tegoroczny sezon z mojej strony nie jest zbyt bogaty. Planowana jest jedna wielka tradycyjna garden party z nielimitowaną liczbą gości alkoholu itp. oraz, po raz pierwszy w tym sezonie (mam nadzieję, że się uda, trzymam za to wydarzenie kciuki) pokaz filmów. Być może uda się załatwić projektor i rzucić kilka wartościowych filmów na ścianę przylegającego budynku w oficynie sąsiedniej kamienicy. Pokaz naprawdę byłby super. Miałby coś z elitrarnych imprez w angielskim (niemalże wiktoriańskim) stylu. Intelektualna rozmowa, lampka wina, oszałamiająca sceneria i film. Z ciekawostek wczorajszej imprezy dowiedziałem się, że powstaje książka, na którą czekam i za której powstanie trzymam kciuki!

Wracając na ziemię. Kilka ostatnich dni i tygodni przyniosło wiele ciekawych wydarzeń, które sprawiły że naprawdę nie mam prawa narzekać na nudę. Po pierszwe skomentuje wydarzenie, które jest na ustach niemal wszystkich, od rodziny, po przyjaciół. Dostałem wezwanie do odbycia zasadniczej służby wojskowej, po zasięgnięciu języka wiem że chcą tylko uzupełnić moje papiery, więc nie martwię się już zbytnio. Poza tym obudziłem z niemal dwuletniego snu zimowego mój rower i przejechałem się traską, którą niegdyś miałem w zwyczaju przejeżdżać codziennie, czyli prawie 20 kilometrową pętlę przez dwa kopce, kto wie o co chodzi ten wie…

Wczoraj ponadto coś we mnie się ruszyło, nie wiem czy w dobrą stronę i czy tylko na chwilę, czy to też dłuższa tendencja. Poczułem niezwykły ciąg do prasy. Zakupiłem dwa ogólnodostępne w naszym kraju tygodniki i przeczytałem je od deski do deski. Dziwny fakt jak na to, że przez ostatni rok niemal nie miałem w rękach gazety?

Uwaga! Jutro VI Skawiński Bieg Trzeźwości Umysłu, w którym biorę udział, więc spodziewajcie się postu z relacjami z tego wydarzenia!!! Może nawet zdjęcia! Pozdrawiam

 





P.S.

13 04 2008

Właśnie zapomniałem w “sportowej niedzieli” dodać wielkie podziękowania do Roberta, ale także go pouczyć. Poleciłeś mojego bloga na swoim i przez to odczułem wielkie samozadowaolenie. Tak się nie robi, kiedy czuje samozadowolenie tracę wszelką inicjatywę do dalszej pracy, stąd “sportowa niedziela” dopiero 20 dni po “jubileuszu”. Pozdrawiam





Sportowa niedziela

13 04 2008

Któż nie pamięta tego gównianego programu w tvp wieczorową porą, gdzie Szaranowicz wraz z ekipą speców w obślizgłych dresach komentowali wydarzenia sportowe minionego tygodnia… Cóż, moja niedziela była sportowa ale ze zgoła innego powodu. Dziś wykonałem coś, co można by opisać jako mikro triatlon. Mikro i dodatkowo w nieco zachwianych proporcjach (10km biegu, 3km roweru i 45 min pływania). Sięgając w głąb pamięci nie pamiętam, kiedy po raz ostatni zmieszałem trzy dziedziny sportu w jeden dzień. Dodatkowo na rowerze byłem pierwszy raz (i tu nie przesadzam, gdyż dysponuje całkiem dokładnymi statystykami) od półtora roku, a na basenie od sześciu miesięcy. Jestem generalnie z siebie bardzo zadowolony, prócz tego, że nadmiar sportu doprowadził mnie do poważnego bólu głowy, a podejrzewam że i jutro nie będę się czuł najlepiej.

Korzystając ze sportowej atmosfery, której jakże sprzyja wiosenna pogoda (czy wam się to zafajdani narciarze podoba, czy nie - jak ktoś niegdyś powiedział) rozpędziłem się i z marszu zapisałem na VI skawiński bieg trzeźwego umysłu. Nie wiem czy to dobry pomysł, gdyż po obejrzeniu zdjęć z poprzednich edycji imprezy zacząłem żałować. Większość uczestników wspomnianego biegu do po prostu dzieciarnia, a z tą nie sposób biegać. Nie jestem tu wielkim mądrym kolesiem, który pozjadał wszystkie rozumy (gadki o gówniarzerni i te sprawy), tylko wiem czym to śmierdzi. Nie dość, że rzeczona gówniarzeria ustawia się na starcie w pierwszej linii niemiłosiernie się rozpychając łokciami, to jeszcze rozpoczyna bieg lecąc około 30km/h, wymiękając na pierwszym zakręcie i jednocześnie tworząc obstrukcję zagrażającą zablokowaniu trasy dla pozostałych. Nie wspominam już o jednoczesnym biegu i rozmowach przez komórkę. Jednak mimo to chyba pobiegnę, zależy od pogody. Bieg nie lada gratka, 10km i wśród uczestników, którzy dobiegną zostanie wylosowany telewizor 32′ LCD i inne nagrody, do tej pory zgłoszonych jest 120 uczestników, więc moje szanse stoją poniżej 1%, ale w sumie liczę, że wygram i dam telewizor mamie Ani, bo jej stary do niczego się nie nadaje. Pierwotnie zamierzałem wziąc udział w rudawskim półmaratonie (początek czerwca), ale niestety wobec decyzji, o których później, nie wezmę. Szkoda bo nawet powziąłem decyzje o całkowitej abstynencji, którą mimo anulowania zamiaru podtrzymam.

Zmieniając nieco temat i odbiegając od tematyki sportowej muszę zaznaczyć, że już nieco kwietnia upłynęło, a żaden nowy wpis się nie pojawił, więc trzeba coś z tym było zrobić. Dodam, że zaczynam ostatnio za dużo rozmyślać z różnych przyczyn, których tu nie wyjawię, bo zrobiłaby się blogowa żenada (sorry, jednak nie udało mi się uniknąć tego słowa).

Co wyjawić mogę to fakt, że jednak nie rozpocznę pracy na lotnisku, tylko przyspieszę mój wyjazd do Anglii i już prawdopodobnie w połowie maja znajdę się w Albionie. Więc jeżeli ktokolwiek z Was ma jakiekolwiek plany sportowe lub inne (na alkoholowe już za późno,) niech się lepiej spieszy. Ja sam mam kilka ciekawych pomysłów na nadchodzące tygodnie, ale kontaktować się konkretnie będę już na komórki, aby uniknąć skoordynowanych blogowych akcji. Albion czeka na mnie z otwartymi ramionami, więc niebawem blog mój przekształci się w blog emigrancki, kupa zabawnych tematów do rozkminy (zapewne większość o naszych współziomkach) gwarantowana. Niestety ominie mnie półmaraton Sheffield (tak nazywa się moja destynacja), który jest imprezą szanowaną w brytyjskim półświatku sportowym i gromadzi rokrocznie około 4000 uczestników. Sheffield half-marathon za 13 dni.

Z ciekawostek. Niestety nie mogę wprowadzić mojego pomysłu, który wprowadził już nihillismo (mimo, że nie wiedział zapewne o moim pomyśle, chyba że czyta mi w snach), prezentowania na blogu ku uciesze gawiedzi dwóch “dziennych” słówek w języku obcym. Ale moje lingwistyczne rozkminy po raz kolejny dostały możliwość zaistnienia na blogu. Dotarłem do ciekawej inicjatywy z portugalskiego bloga, adresu Wam nie dam bo i tak nic nie zrozumiecie. Dziś jakiś koleś wyruszył skuterem w trasę Lisbona - Pekin. Śmiesznie się składa, bo 11 maja będzie w Krakowie. Może napiszę do niego i ustawie na jakieś zwiedzanie miasta, w końcu doświadcze po raz pierwszy w życiu możliwości porozmawiania z kimś po portugalsku, z wyłączeniem mojej nauczycielki i dwóch osób z grupy. Co prawda rozmawiałem niby na Kanarach, ale oni bardziej udawali portugalski mówiąc po hiszpańsku, więc to się nie liczy.

Zaczynam bredzić, koniec przekazu na dzisiaj. Jesli ktoś doczytał do tego punktu i jest nadal zainteresowany, niech da znać, może w przyszłym tygodniu napiszę o katolickiej indoktrynacji na falach TV Puls. Nieźle, może wreszcie zaczepie o tematykę, którą chciałem poruszać zakładając blog :)

Pozdrawiam i życzę wszystkim miłego tygodnia





Jubileusz

24 03 2008

Muszę się Wam przyznać, wiem że to żenada. Ochodzę dziś jubileusz, pobiegłem po raz setny odkąd prowadzę komputerową statystykę w excelu. Stan licznika na dziś 789,85 kilometra.

Pierwszy wpis w mojej tabelce to 30 września 2006 roku. Pamiętam bardzo dobrze ten bieg. Byłem wtedy jeszcze na Florydzie. Walizki były już spakowane przed powrotem do kraju. Ubrałem spodenki, posmarowałem ciało faktorem X i opuściłem dom. Moja trasa biegła wokół największego na Florydzie centrum handlowego. Jego obwód wynosił 6 km i jest on największą poza Disneylandem atrakcją turystyczną Słonecznego Stanu. Było to wyborne miejsce do biegania, ponieważ ulice okalające Sawgrass Mills Mall miały (to wielka rzadkość w USA) chodniki. Całe centrum handlowe znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie bezkresnych bagien. Bieg jak każdy inny na Florydzie, słońce omało mnie nie roztopiło (w tej temperaturze i wilgotności przebiegnięcie 5 km równa się wysiłkowi przebycia 20 km w naszych szertokościach). Pod koniec biegu na mojej drodze stanął metrowy aligator. Popatrzył na mnie, zasyczał coś i uciekł do sadzawki obok. Przebiegłem 6,7km, a potem jak każdy porządny obywatel zadzwoniłem na 911 żeby poinformaować władze o obecności gada.

W notowanym okresie brałem udział w dwóch zawodach z miernym skutkiem. Pierwsze, sylwestrowy Bieg Radości 31 grudnia 2006, były bardzo słabym występem. Trasa okalająca wały Wisły była oblodzona, a niskie ciśnienie spowodowało, że 10 km przebyłem w żenującym czasie 49m i 50s. Bieg organizowany był przez towarzystwo Kompas, które na codzień zajmuje się dystrybucją map, był bardzo źle zorganizowany. Ten sam typ rozczarowania spotkał mnie w czasie listopadowego Marszobiegu Niepodległosci. Biegłem już w tej imprezie wcześniej w 2002 i 2003 roku i bardzo mi się podobało, zeszłoroczna edycja jednak była kompletną amatorką. Nie było numerów startowych, każdy przez cały bieg dzierżył w ręku karteczkę z numerem, udział w zawodach brała tylko dzieciarnia z gimnazjum i kilku zdegustowanych “fachórów”, wyników do dziś nie opublikowano. Żenada, już nigdy nie pobiegnę w Marszobiegu.

W prawie półtorarocznym okresie czasu nie brakowało ciekawych biegów. W jednym z ostatnich, po plaży, na odcinku 9,6km biegłem cały odcinek boso i przypłaciłem to bolesnymi otarciami palców i uziemieniem na cały dzień (do kibla musiałem chodzić na piętach, bolesne).

Ostani trening nie zapisał się niczym interesującym i dobrze, bo w przeciwieństwie do pierwszego wpisu regularne bieganie to nie przygoda i spotkania z interesującymi i egzotycznymi zwierzętami tylko praca i żelazna konsekwencja. Bieganie to coś, co sprawia mi wiele radości w życiu, ale o co muszę dbać. Bardzo często muszę się nabiedzić sam ze sobą, aby ruszyć mój otłuszczony brzuch i trochę się poruszać na powietrzu. Prawie nigdy jednak nie żałuje.

Stan licznika na dziś 789,85 kilometra, wiem, żenująco mało, po przeliczeniu wychodzi mniej więcej 1,46km dziennie. Przeliczając to jednak na ilość treningów, wychodzi że co tydzień biegłem 7,89km. Całkiem niezła średnia na trening. W tym roku jest nieźle, dzisiaj osiągnąłem 158,55km, przy 20 treningach, to daje bieg prawie co 3 dni ze średnią 7,92. Częstotliwość 2 razy większa niż wcześniej dobrze rokuje, ale pewnie jak przyjdą wakacje znów zestopuje.

Plany na przyszłość są oczywiście wielkie. Obecnie nieco martwie się ścięgnem achillesa, ale próbuje się oszczędzać i bardzo powoli zwiększam dystanse. W najbliższej przyszłości planuje udział w Półmaratonie Jurajskim w czerwcu w Rudawie. Piękny bieg. Polecam każdemu i zapraszam do wspólnych treningów!

Wpis numer 24, 31 grudzień 2006, 10km, 49m. 50s. 

 l1020164.jpg

Wpis numer 69, 10 listopad 2007, 4,8km, czas nieznany. 

 p1040806.jpg

Wpis numer 91, 29 luty 2008, 10,99 km, 1godz. 15m. 32s.

100_2270przyciete.jpg





Fajna bryka

21 03 2008

Widzę, że się rozkręcam, kolejny post w tym tygoniu. To niesamowity postęp. Szkoda tylko że mam tylko dwóch czytelników, bo podejrzewam, że to co piszę ostatnio, plus to o czym napiszę dziś skwitowali by KTKO.

Mianowicie dziś przybył mój rower. Mozna by pomyśleć po przeczytaniu tego zdania, że mam nowy rower. Nic bardziej mylnego. Rower przybył, ponieważ w ciągu ostatniego roku straciłem nad nim kontrolę. Ostatnio nawet podejrzewałem, że już go nie zobaczę i zacząłem rozglądać się za czymś nowym. Rower zniknął pożyczony mojemu ojcu, który zdajesie uznał, że potrzebuje czegoś na bardziej hardcorowy teren. Mój rower ze swym niesamowitym skokiem amortyzatora jest w stanie zapewnić najbardziej hardcorowe doznania mogące przyprawić o zawrót głowy. Gdy mój brat zobaczył, że mój rower jeździ i jest w stanie używalnośći porwał go. Rower jeździł w różne miejsca w różnych okolicznościach z moim bratem i tak został w domu kolegi mojego brata, gdzie jak mnie zapewniono zimował tylko. Wiem, żenada, jak można tak zaniedbać własny rower. Strach pomyśleć jak będę obchodził się z samochodem w przyszłości. Jak się jednak okazało kolega ten jeździł na tym rowerze i dziś dojechał na Batorego żeby mi go oddać. W momencie przyjazdu mojej bryki nie było mnie oczywiście w domu, a rower schować miał na strych mój brat. Kiedy jednak już dotarłem do domu okazało się, że brat pojechał w bliżej, bądź dalej niokreślone miejsce i minęło jeszcze kilka godzin zanim go ujrzałem.

Było to niesamowite doznanie. Stał sobie oparty o belkę podporową sufitu. Fachowo obłocony, ze świecącymi i nasmarowanymi elementami mechanicznymi. Jego wielkie tarcze hamulcowe groxnie połyskiwały.

Nie mogę się doczekać kiedy wreszcie na niego wsiądę i stłuczę kilkadziesiąt kilometrów!

Na koniec fotka mojej bryki.

prz02.jpg





fiction 2

20 03 2008

Mam nadzieję, że Robert mi wybaczy. Myślałem o tym przez kilka ostatnich dni i nie mogłem się powstrzymać. Oczywiście jak w jego przypadku, uwagi, także te kąśliwe i obelżywe mile widziane.

Na widok klepsydry z jego nazwiskiem delikatnie się uśmiechnęła. A wczoraj jeszcze taki kozak był i olał mnie zupełnie w autobusie. Szkoda że nie pojechała dwa przystanki dalej, widok tramwaju rozpłatającego jego ciało na pół na pewno napełnił by ją ogromną satysfakcją. W końcu wreszcie wszystko zaczęło mieć sens. Teraz mogła przejąć jego stanowisko. Ponieważ była świeżo po studiach z takim awansem mogła wreszcie mogła zaistnieć wśród koleżanek z uczelni, żadna jeszcze nie osiągnęła tego stanowiska.

Na pogrzebie zjawił się niemal cały dział firmy, dziwne, nigdy przecież nie był popularny, nie odzywał się do nikogo, a te zaciśnięte usta i zimne oczy zza okularów zniechęcały do jakiejkolwiek formy nawiązania kontaktu. Spojrzała na szefa, udawał smutek na twarzy, pewnie głupio mu się zrobiło na widok jego matki klęczącej nad trumną. Wypadek ten był niezwykłym darem losu. Nie chciało mu się tłumaczyć, że awans dostanie J…. z trzeciego działu, a nie on, biedny nieboszczyk. Przynajmniej jedna sprawa rozwiązała się pozytywnie sama z siebie.

Weszła do domu, była wściekła. Nikt po pogrzebie nie wrócił do biura, a ona miała tyle energii do pracy. Chciała pokazać szefowi, że jest w stanie go zastąpić. Odkąd pamiętała zawsze była najlepsza. Nie wyobrażała sobie, innej osoby na tym stanowisku. W dzieciństwie była normalną dziewczynką. Miała różowe kredki i piątki ze wszystkich przedmiotów. Przełom nadszedł gdy będąc w pierwszej klasie liceum przeczytała biografie D…. H…. . Energiczna, dobrze wykształcona, dojrzała kobieta potrafiła z powodzeniem konkurować z mężczyznami na rynku pracy. D…. była bezkonkurencyjna. Przejęła najpierw firmę męża, by potem rozwieść się, ponownie wyjść za mąż i przejąc firmę drugiego męża. Dzieci z obu małżeństw wychowywały się u babci. Publiczne gimnazjum i liczne wyjazdy w sezonie na narty powinny wypełnić im lukę po rodzinie, może kiedyś otworzy im małą firmę, żeby nauczyli się życia i odpowiedzialności. Sama nigdy nie miała ciepłych stosunków z matką, Po kolejnych firmach przyszedł czas na służbę publiczną, osiągnięcie stanowiska ministerialnego zajęło jej ledwie kilkanaście miesięcy. D…. H….. mieszka teraz w brukseli będąc komisarzem bardzo ważnej międzynarodowej instytucji.

Westchnęła. Przypomniała sobie wszystkie uczucia, które targnęły ją po przeczytaniu biografii. Niebawem sama zaczęła odkrywać w sobie cechy charakteru, udowadniające że przykłąd z książki to nic w porównaniu z jej możliwościami. Chciała zostać kolejną kobietą, rekinem biznesu. Na razie miała mieszkanie z jednym pokojem, męża nieudacznika i kiepsko płatną pracę, nie znosiła jeździć do matki prosić o pieniądze. Z ojcem w ogóle się nie widywała, trawiła ją jeszcze gorycz. Dał jej wybór, albo ślub, albo nie zamieszkasz z chłopakiem. Nie mogła z nie mnie mieszkać, jej pozycja społeczna wyrabiana na uczelni latami ległaby w gruzach, gdyby nie on. Wybrała ślub, największy błąd. Co prawda chłopak był niezłą wizytówką, wówczas zazdrościły jej go wszystkie koleżanki, dziś jedyne co robił to oglądał NBA w telewizji i pił piwo ze swymi obleśnymi kumplami. To było ponad jej siły, ale zgodne z nauką wiary, która była dla niej drogowskazem. Ojciec całe życie był jej wierny i odniósł sukces. Nie myślała o tym za dużo argumenty natury pragmatycznej całkowicie jej wystarczały.

Wyszła na ulicę, znów musiała jechać do matki, przynajmniej tym razem miała się czym pochwalić. Szef szepnął jej do ucha o awansie na pogrzebie, o tym że włożył jej rękę pod spódnicę nie wspomni. Ruszyła w stronę przystanku autobusowego, do tramwaju miała co prawda bliżej, ale w wyjątkowy dzień pódzie inną drogą. Mijała obdrapane kamienice centrum. Neonowe i fluorescencyjne reklamy sklepów i barów zaczęły oświetlać ulicę w zapadającym mroku. Patrzyła w chodnik, miała dość czyszczenia butów, nie chciała znów ich zbrudzić. W pewnym momencie z najciemniejszej bramy wyszło dwóch młodych mężczyzn w czapkach. Chyżo ruszyli za nią…





Banana mama

17 03 2008

Zauważyłem wczasie edycji wpisu o Edgarze Allanie Poe, że osiągnąłem częstotliwość miesiąca w kategorii postów. Czas nieco ożywić bloga, więc zdecydowałem zamieścić dwa posty dziesiejszego dnia. Post drugi, kategoria botanika.

Jak to kilka osób wie, byłem niedawno w Hiszpanii. Zafascynowany tropikalną florą archipelagu Wysp Kanaryjskich zakupiłem kilka nasion i zamierzam rozpocząc chodowlę doniczkową. Najbardziej podniecam się bananowcem. Banan towarzyszy mi całe życie. Podobno jako dziecko nie lubiłem jeść owoców. Sfrustrowani rodzice zabrali mnie więc do ogrodu botanicznego i kiedy znaleźliśmy się w szklarni odwrócili moją uwagę, po czy podrzucili banana w powietrze, tak żebym myślał, że on właśnie spadł z drzewa. Tak rozpoczęła się moja przygoda z bananem. Fortel nie pomógł, musiało minąć jeszcze dużo czasu zanim smak banana stał się dla mnie znośny. Niemniej jednak w czasie podróży do najbardziej absurdalnych tropikalnych miejsc zawsze na miejscu rosły banany, czas sprawić żeby góra przyszła do Machometa. Będę miał tropik w domu. Nie będzie łatwo, z tego co czytałem na botanicznych forach internetowych, jest banan to szalenie trudna w chodowli roślina. Kilka przykładów: jeśli temperatura pomieszczenia gdzie znajduje się banan spadnie poniżej 20 stopni, roślina może umrzeć, nasiona są szalenie trudne w chodowli, nie wiadomo czy w ogóle wyrosną, zobowiązuje się jednak regularnie zamieszczać na niniejszym blogu raporty ze wzrostu banana. Roślina ta jest byliną, to znaczy umrze po wydaniu owoców, na szczęście po drodze (jeśli jej wcześniej nie zabije) wyda wiele ukorzenionych odrostów, z których będę mógł chodować kolejne banany. Okres wzrostu wacha się między 4 a 5 lat wtedy pojawią się banany. Podobno w naturze kiście są tak ogromne, że ich odcięcia i transportu musi dokonywać około 3 rosłych murzynów. U mnie nie spodziewam się tak wielkich owoców, podejrzewam, że mój banan dorośnie do 3 metrów, na szczęście mam wysoki sufit. Pomimo mylnej nazwy i wysokości drzewo bananowca nie jest drzewem, należy do gatunków traw.

Prócz banana zakupiłem nasiona Daktylowca Kanaryjskiego, zwanego na niektórych forach także Palmą Królewską. W odróznieniu od bananowca jest to jedna z najłatwiejszych roślin w uprawie. Więc o niej nie będę pisał.

Dzień 1 i drugi (14 i 15 marzec)

nasiona banana, okrągłe pomarszczone suche o średnicy okkoło 0,5cm zostały spiłowane z brzegu (zobaczyłem w środku biały miąższ) i wrzucone do spodka z ciepłą wodą postawionym na kaloryferze. Dziś wybieram się do odpowiedniego sklepu zakupić ziemię o odpowiedniej kwasowości i wymieszać ją z piaskiem dla lepszego drenażu. Dziś sadzę nasiona!

Poniżej kilka moich zdjęć przedstawiających bananowca, brakuje tych z Azji, ale te nie nadają się do publikacji, za słaba rozdzielczość.

Banan na Wyspach Kanaryjskich 1      Banan na Wyspach Kanaryjskich 2      Banan w Maroku 2   

Banan na Florydzie    Banan na Bahamach    Banan w Maroku 1  

  Banan na polu go minigolfa  





o Edgarze

17 03 2008

Zastanawiam się od czego zacząć, zawsze jest kilka punktów z których chce wychodzić na raz. Cóż, zacznę chyba od tego że łączy mnie bardzo wiele z matką Przemysława Gosiewskiego. Zafascynowana kobieta dała synowi drugie imie po swoim ulubionym pisarzu- Edgar Allan Poe. Umysł chory i wiecznie pijany, ale genialny. Do przeczytania Opowieści niesamowitych zabierałem się bardzo długo. Moje zainteresowanie romantyzmem amerykańskim trwało już od pewnego czasu, lecz w głównej mierze spoczywało na barkach myśli politycznej, Emerson i Thoreau, fajni kolesie. Nawiasem mówiąc: Thoreau trafił do więzienia za niepłacenie podatków w ramach protestu przeciwko wojnie z meksykiem, pobyt za kratkami zaowocował wydaniem genialnej broszury Obywatelskie nieposłuszeństwo, która, a o czym nikt nie wie, stanowi podstawę intelektualną niemal wszystkich bezkrwawych rewolucji XX wieku, od Ghandiego począwszy, a na Wałęsie kończąc. Nie zamulając jednak polityką zdecydowałem sięgnąć po coś bardziej abstyrakcyjnego i to rzuciło mnie wprost w ramiona Edgara Allana Poe, którego twórczość miała być ukoronowaniem i ucieleśnieniem amerykańskiego romantyzmu.

Posiadam bardzo stare wydanie Opowieści niesamowitych, część opowiadań jest tłumaczona przez Bolesława Leśmiana co wzmaga doznania estetyczne. Język, którym posługuje się autor jest niezwykły. Nazwałbym go cięzkim, ale ma w sobie jakąś taką soczystość. Generalnie jest cięzko na początku, ale jak już przejdzie się przez kilkanaście stron można nieźle się wczuć. Opowiadania podzielone są na dwa rodzaje. Jeden, który bardziej mi opdpowiada to klasyczny Poe, psychodeliczny. Nie tryska co prawda krew, ale czytanie sprawia ogromne zmęczenie psychiczne. Opowiadania te zazwyczaj lajtowo się zaczynaja, opisują zwykłego kolesia takiego jak ja albo ktokolwiem, z czasem jednak zaczynają wydarzać się chore rzzeczy. Innym trikiem stosowanym przez Poe’a jest rozpoczynanie opowiadania narracją osoby skazanej na śmierć. Zajeboza. Drugi rodzaj opowiadań zawartych w moim tomie to klasyczne kryminały, piszę klasyczne, bo to właśnie Poe wymyślił gatunek, sposób narracji idt. W przeciwieństwie jednak do marnych naśladowców w osobie np. Agathy Christie nie skupia wszystkich sił na próbie rozwikłania zagadki, lecz wgłębia się w meandry psychiki bohatera, który rozwiązuje tajemnicę. Zajeboza. Narracja jest niezwykle ciekawa, nieraz nie wiadomo, czy Poe pisze o sobie, korzysta on tak jak później Bukowski z alter ego, pozwalając chociaż na chwilę wejść do swego umysłu.

Poe- polecam wszystkim. Oczywiście niebawem dostane komentarz, że Poe był ćpunem i alkoholikiem, był, ale (zwrot podpatrzyłem gdzieś wcześniej) KTKO? Jeśli naprawdę chcę śledzić ten wątek zapraszam na blog Wojciecha Wierzejskiego.





Que o brasileiro tem o seu valor!

5 02 2008

Dziś kończy się karnawał, wiem, żenada. Cóż, jednak ze względu na swoje zainteresowania lingwistyczne powinienem coś wspomnieć o tym wydarzeniu. Żenujący może być jednynie fakt, że ograniczę się do najbardziej rozreklamowanego karnawału w Rio de Janeiro. Nie będą mnie jednak interesowały nagie, pomalowane na złoto czarne półboginie seksu tańczące na złotych i opierzonych podestach, lecz kwestia muzyczna.

Dla tych, którzy od jutra będą słuchać radia dwa razy ciszej niż zwykle jest jeszcze szansa żeby ściągnąć najnowszą składankę Sambas de enredo 2008, której przeboje rozlegają się pewnie jeszcze teraz na sambodromie w Rio. Sambas de enredo to ciekawa płyta ukazująca się co roku i zawierająca 12 przebojów na karnawał. Każdy z kawałków przygotowany jest przez inną szkołę samby, które rokrocznie rywalizują o miano najlepszej. Sambas de enredo ściągam sobie co roku od przynajmniej czterech lat i jest to najlepsza droga by poznać prawdziwą sambę, ta grana w RMF FM do takiej nie należy. Muzyka jest właściwie zawsze taka sama, głośny bęben, dzwonki i koleś ryczący do mikrofonu, po pół godziny słuchania ma się dość. Teksty jednak są szalenie interesujące. Powinny one opiewać historię Brazylii lub dzielnicy, z której pochodzi dana szkoła samby i są ważną składową oceny szkoły przez jury. To co rozbrzmiewa jednak na sambodromie jest przedziwną mieszanką pretensjonalnego patriotyzmu, lokalnych nacjonalizmów, socjalistycznych ideałów i wielu innych pomiesznaych w przedziwny sposób wartości jak miłość, wiara itd.

Nie będę się rozwodził, niech słowa mówią same za siebie. Jeden z ciekawszych tekstów tego roku przygotowała szkoła Vila Isabel, z którego cytat stanowi tytuł tego wpisu.

Que o brasileiro tem o seu valor! Meu Deus ajude o trabalhador!

Naród brazyliski ma swą wartość! Boże wspomóż pracujących!

Comemora quem tanto lutou
Tempo de industrialização,
Candangos, então, erguem Brasília
Sindicato consciente,
Terra para nossa gente cultivar democracia
Avante trabalhadores de Vila Isabel
Suor dessa gente, construiu esta nação
Verdadeiros filhos desta chão

Wspomnijmy wielką walkę, z czasu rewolucji przemysłowej, z czasu budowy stolicy Brasilii, powstania związków zawodowych, ziemia naszych ludzi czci demokrację, Naprzód ludu pracujący z Vila Isabel! Pot tych ludzi zbudował naród, prawdziwych synów tej ziemi.

Hoje é dia do trabalhador
Que conquistou o seu lugar

Dziś jest dzień pracujących, konkwistadorów swego miejsca.

Tekst ten nie jest specjalnie efektowny, ale pokazuje w ciekawy spodób, co myślą ludzie z biednych dzielnic, a co tranmitowane jest bez żadnego zrozumienia w świat.

Znacznie bardziej efektownym tekstem jest propozycja Imperatriz Leopoldinense. Tekst całkowicie odjechany, więc pozwolę sobie przytoczyć jego całość. Zdradza on meandry brazylijskiej stylu myslenia. Posłuchajmy:

Maria uma princesa
Também sonhava
Um dia um príncipe encontrar
E ouviu do rei de França
Em meio ao luxo e a bonança
Maria Antonieta tu serás
Em portugal, outra rainha, dona Maria
A louca não podia governar
Delirava temendo a revolução
E entrega o reino à João
Regente assi se fez, e o imperador francês
Ordena a invasão

Ou ficam todos
Ou todos se vão
Embarcar nessa aventura
E “Aur revorir Napolão”Cruzaram mares 

Chegaram ao Brasil
São novos ares, progresso e a transformação
Vieram as Marias, toda fidalguia, dom João
O tempo passou, irão se casar
Duas Marias da mesma raiz
Luisa com Napoleão
E Leopoldina será nossa Imperatriz
Será também nome de trem
Que passa em Ramos a nossa estação
Onde imperam Marias e Joãos

Vem brincar nesse trem amor
Que vai parar na estação do coração
Faz brilhar no céu Imperatriz
As onze estrelas do teu pavilhão

Maria księżniczka także marzyła, że spotka kiedyś księcia. Wysłuchał tego książe Francji, żyjący w luksusie i spokoju. To byłaś ty Mario Antonino! W Portugalii inna królowa Maria, była szalona i nie mogła juz rządzić, wznieciono rewolucję, która wyniosła regencję króla Jana, zaś cesarz Francji zlecił inwazję.

Albo zostajemy wszyscy, albo jedziemy wszyscy! Zaczynamy przygodę, więc au revoir Napoleonie!Płynęli przez morza i dotarli do Brazylii, zaczęli nową erę, postępu i zmian. Były dwie Marie, księżniczki z tego samego korzenia , czas mijał i musiały wyjść za mąż. Dwie Marie siostry , jedna Louisa wyszła za Napoleona, a druga Leopoldina została naszą cesarzową, której imię nosi pociąg, który mija naszą stację, gdzie kiedyś rządziły Marie i Jan. Przybędzie ten pociąg miłości, który zatrzyma się na stacji serce. Będzie świecił na niebie cesarzowej, jak jedenaście gwiazd na Twym budynku dworcowym.

Należy dodać, że szkoła Imperatriz Leopoldinense wzięła swą nazwę właśnie od cesarzowej, a główny dworzec Rio też nosi jej imię.

Jak więc widzicie, ktoś kto to pisał nie mógł być zbyt trzeźwy. Zachęcam do ściągnięcia składanki i pozdrawiam.