Czerwiec

3 06 2009

Rozpoczął się czerwiec! Dla mnie oznacza to sesję, ponieważ właśnie powinienem się uczyć zdecydowałem się podjąć ponownie pisanie pasącego się przez kilka miesięcy blogu. O jego istnieniu przypominał mi tylko mail o nadchodzącym, zazwyczaj przez jakiegoś zbłąkanego googlowicza, komentarzu. Publikuje je, pomimo, że nie są w stanie wnieść nic nowego.
Niebawem rozpoczynają się wakacje, mam bardzo poważne plany związane z wakacjami. Multiplikacja rodzajów sportów, zwiększenie ilości czytanych książek, praca, praca, turystyka. Znów w planach zabrakło wizyty na łonie ojczyzny. Może lepiej, a może coś jednak uda się wykombinować? Jeśli o mnie chodzi planowanie nie sprawdza się w stu procentach, ale postaram się wszystkich trzymać na bierząco, o ile kogoś to w ogóle obchodzi.





Blogue Relaunch & Kinder Scout

24 01 2009

Witam wszystkich po bardzo długiej przerwie!

Postanowiłem odświeżyć nieco mój blog, skasować stare i niepotrzebne posty, oraz zawęzić się do kilku tematów, aby uniknąć bezsensownego meandrowania prowadzącego zawsze na polityczne mielizny. Od teraz mój blog poruszał tematy z zakresu turystyki, sportu (ale tu zawód – tylko tego który sam uprawiam) ciekawostek, sztuki, literatury, może historii. Pewnie kilka osób zauważy, że skasowałem kilka postów, głównie te, za którymi niespecjalnie przepadałem. Niestety z rozpędu skasowałem jeden z ulubionych o Edgarze Alanie Poe – trudno, jakoś się bez niego obejdzie.

Mój pierwszy świeży blog będzie z kategorii turystyki. We środę udałem się w miejsce całkowicie obce, mroczne i ponure. Zaskoczenie było całkowite. Wycieczka zapowiadała się całkiem niewinnie. Ładny środowy poranek, 7 stopni powyżej kreski (zawsze chciałem użyć tego debilnego radiowego określenia) i plan przejścia mniej więcej 15 kilometrów przez góry w Dark Peak. Jedynym momentem mogącym sprawić problemy w czasie wędrówki był płaskowyż Kinder Plateau. Jako jedno z najwyższych miejsc w okolicy jest źródłem wielu potoków i małych rzeczek. Patrząc na mapę wygląda to tak jakby cały płaskowyż pokryty był siatką małych niebieskich nitek. Słysząc o złej sławie tego miejsca (błoto po pas) szykowałem się na dość mokre waruki. Dramatu się jednak nie spodziewałem bacząc, że całą akcja miała się rozegrać na wysokości około 600 m. n. p. m.

Na miejsce dotarliśmy lokalnym pociągiem który swoją trasą pokonywałcałą długość urokliwej Hope Valley. Genezy tej nazwy niestety nie znam, co jest nieco wstydliwym faktem. Po krótkim marszu przez miasteczko zaczęliśmy się wspinać do góry korytem strumyka. Początkowo szlak prowadził po wygodnej ścieżce, ale w momencie, kiedy zaczęło robić się coraz stromiej wokół zaczęło przybywać śniegu, a szlak zmienił się w koryto rzeki. Moje mrzonki o lekkiej wycieczce prysły w momencie kiedy kolesie przed nami włożyli raki na buty. Nie mówiać, że nie mieliśmy kijków (ja i Karolina, nasza grupa), profesjonalnych butów z ochraniaczami, to jeszcze wieśniacki plecak, bawełniane rękawiczki i jeansy. W sumie sama kilkusetmetrowa wspinaczka była w miare lajtowa, pomimo lodu śniegu i wiatru przy dość poważnym nachyleniu. Po dotarciu na szczyt spotkaliśmy dość sporą grupę, około 20 osób, widzieliśmy ich zresztą wcześniej jak szli po grani i muszę powiedzieć, że wyglądali całkiem fachowo. Idąc dalej musieliśmy pytać dokładnie o trasę, bo szlak był przysypany śniegiem i niestety nie mogłem się za bardzo zorintować w sytuacji. Początkowo szliśmy po grani, traska było ok. cieszyliśmy się pięknymi widokami i w momencie kiedy nasz szlak skręcał wgłąb płaskowyżu zatrzymaliśmy się na kanapkę. Wtedy minęło nas dwóch turystów (cwaniaki od raków, mimo ich wysokiej klasy ekwipunku jakoś ich przegoniliśmy), co jak się później okazało prawdopodobnie uratowało nam skórę. Aby móc w pełni zrozumieć miejsce, w które kierowaliśmy się należy na chwilę zatrzymać się nad płaskowyżem.

Płaskowyż pokryty jest wrzosowiskiem. Ziemia jest bardzo miękka, rodzaj torfu, jak nasiąknie wodą zamienia się w coś o konsystencji galarety, jak nastąpisz na coś takiego to jedyne co robisz, to modlisz się, żeby noga nie zapadła się głębiej niż po gostkę. Ponieważ było zimno rzeczona galareta była nieco zmrożona, co ułatwiało zadanie dając tylko przedsmak swych ssących możliwośći. Ponieważ galareta jest bardzo miękkim materiałem geologicznym jest łatwo wymywalna przez spontanicznie powstające strumyki, to powoduje powstanie mikro górek i mikro dolin. Mikro może oznaczać skok z lub wspinaczkę nawet do wysokości 2 metrów, celem sforsowania przeszkody. Tego wszystkiego można uniknąć idąc ubitym szlakim, ale ponieważ płaskowyż był pokryty grubą warstwą śniegu, szlaku nie było widać i musieliśmy podążać śladami naszych poprzedników, którzy zniknęli za horyzontem. Ledwo kilka minut po wejściu na mroczne wrzosowisko nie było już nic widać poza płaskowyżem i śniegiem, czułem się przez chwilę jak Amundsen (Scottem raczej być nie chciałem). Przyjemność z eksploracji lodowej pustyni szybko ustąpiła frustracji. Pokonywanie kilkumetrowych przeszkód idąc na azymut nie było zabawne, szczególnie że nawiany śnieg dochodził miejscami do wysokości kolan, grzęzło się w błocie i wpadało całymi butami do strumyka, jeśli lód ustępował ciężarowi. Mniej więcej 3 godzinny marsz przez tą pustynie był ciężkim przeżyciem, zapadał na psychice. Sama świadomość bycia w jakimś obcym i nieprzyjaznym miejscu z dala od cywilizacji i całkowicie przemoczone ubrania nie nastrajały pozytywnie. Mrocznie tam było, to właściwie jedyna sentencja która najkrócej i najlepiej oddaje moje uczucia względem tego miejsca. Po tym co widziałem nie dziwię się, że literatura fantasy narodziła się w Albionie, te krajobrazy prowokują absurdalne myślenie o innym, obcym i mrocznym świecie.

Zatem tempo wędrówki spadło dramatycznie, ale także pogoda zaczęła się psuć, nawiało chmury na grań i tylko czekałem jak się rzuci na nas. Szczęśliwie brnąc po śladac poprzedników (dzięki tym śladom udało się uniknąć wielu czychających pod śniegiem pułpek) przebiliśmy się przez cały płaskowyż i dotarliśmy do Kinder Downfall. Największgo wodospadu w całym Derbyshire, który był całkowicie zamarznięty. Wędrówka z powrotem do stacji była dość długa, jako że musieliśmy obejść cały płaskowyż naokoło, ale szczęśliwie trasa była przetarta, gładka i szybko zeszła. Po powrocie do stacji kolejowej mieliśmy jeszcze pół godzinki, a okazało się że progi The Ramblers Inn są zaraz koło stacji, a ich bar serwuje całkiem niezłą gamę lokalnych Ale’ów. Browar wchodził jak miód, nawet zdecydowaliśmy się na kolejny. Jasny lecz mętny, zimny, prawie bez gazu, i lekko kwaskowaty, najlepsze cechy angielskiego browaru. Niestety chwycenie kolejnej pinty okazało się błedem, który kosztował nas wpadnięciem w stan totalnego upojenia alkoholego, gdyż po wyjściu z gościńca zobaczyliśmy nasz pociąg opuszczający peron. Ciemno, zimno, mokro. Zdanie, które wypowiedziała Karolina zostanie mi długo w pamięci: “O nie! MUSIMY wrócić do Pubu! :)

To była piękna wycieczka. Mimo, że sezonu jeszcze nie ma zaczynam planować śmielsze i częstsze wycieczki w tamte rejony. Planem jest eksploracja wraków samolotów, jak się później okazało w bezkres płaskowyżu, mniej więcej 100 m od miejsca, przez który biegł nasz szlak w grudniu 1944 roku spadł samolot transportowy Anson LN 185, wiozący polskich inżynierów lotników lecących z Nottingham do Liverpoolu by skontrolować dopiero co przybyły sprzęt wojskowy na wyspy. Szczęśliwie wszyscy przeżyli, warunki zaś były takie same jak we środę. Nie chciałbym jednak obudzić się na płaskowyżu w nocy przy burzy śnieżnej we wraku samolotu. Nie był to jedyny samolot rozbity na Kinder Scout. W rejonie kilku kilometrów rozbiło się w czasie wojny jeszcze 5 samolotów i kolejne 4 na sąsiednich szczytach. W całym Peak District leży ogromna ilość wraków, które jednak nie zachowały się w najlepszej kondycji poprzez działania lokalnych farmerów i pasjonatów lotniczych, jasne, przecież każdy chciałby mieć oryginalną chłodnicę Wellingtona.

Tym którzy mi zazdroszczą środowego wypadu w góry wrzucam kilka zdjęć. Gdyby ktoś był zainteresowany szlakiem naszyj wędrówki mogę podesłać plik KMZ na maila z dokładnymi namiarami GPS dla Google Earth.

Pozdrawiam

 

 





Banana mama

17 03 2008

Zauważyłem wczasie edycji wpisu o Edgarze Allanie Poe, że osiągnąłem częstotliwość miesiąca w kategorii postów. Czas nieco ożywić bloga, więc zdecydowałem zamieścić dwa posty dziesiejszego dnia. Post drugi, kategoria botanika.

Jak to kilka osób wie, byłem niedawno w Hiszpanii. Zafascynowany tropikalną florą archipelagu Wysp Kanaryjskich zakupiłem kilka nasion i zamierzam rozpocząc chodowlę doniczkową. Najbardziej podniecam się bananowcem. Banan towarzyszy mi całe życie. Podobno jako dziecko nie lubiłem jeść owoców. Sfrustrowani rodzice zabrali mnie więc do ogrodu botanicznego i kiedy znaleźliśmy się w szklarni odwrócili moją uwagę, po czy podrzucili banana w powietrze, tak żebym myślał, że on właśnie spadł z drzewa. Tak rozpoczęła się moja przygoda z bananem. Fortel nie pomógł, musiało minąć jeszcze dużo czasu zanim smak banana stał się dla mnie znośny. Niemniej jednak w czasie podróży do najbardziej absurdalnych tropikalnych miejsc zawsze na miejscu rosły banany, czas sprawić żeby góra przyszła do Machometa. Będę miał tropik w domu. Nie będzie łatwo, z tego co czytałem na botanicznych forach internetowych, jest banan to szalenie trudna w chodowli roślina. Kilka przykładów: jeśli temperatura pomieszczenia gdzie znajduje się banan spadnie poniżej 20 stopni, roślina może umrzeć, nasiona są szalenie trudne w chodowli, nie wiadomo czy w ogóle wyrosną, zobowiązuje się jednak regularnie zamieszczać na niniejszym blogu raporty ze wzrostu banana. Roślina ta jest byliną, to znaczy umrze po wydaniu owoców, na szczęście po drodze (jeśli jej wcześniej nie zabije) wyda wiele ukorzenionych odrostów, z których będę mógł chodować kolejne banany. Okres wzrostu wacha się między 4 a 5 lat wtedy pojawią się banany. Podobno w naturze kiście są tak ogromne, że ich odcięcia i transportu musi dokonywać około 3 rosłych murzynów. U mnie nie spodziewam się tak wielkich owoców, podejrzewam, że mój banan dorośnie do 3 metrów, na szczęście mam wysoki sufit. Pomimo mylnej nazwy i wysokości drzewo bananowca nie jest drzewem, należy do gatunków traw.

Prócz banana zakupiłem nasiona Daktylowca Kanaryjskiego, zwanego na niektórych forach także Palmą Królewską. W odróznieniu od bananowca jest to jedna z najłatwiejszych roślin w uprawie. Więc o niej nie będę pisał.

Dzień 1 i drugi (14 i 15 marzec)

nasiona banana, okrągłe pomarszczone suche o średnicy okkoło 0,5cm zostały spiłowane z brzegu (zobaczyłem w środku biały miąższ) i wrzucone do spodka z ciepłą wodą postawionym na kaloryferze. Dziś wybieram się do odpowiedniego sklepu zakupić ziemię o odpowiedniej kwasowości i wymieszać ją z piaskiem dla lepszego drenażu. Dziś sadzę nasiona!

Poniżej kilka moich zdjęć przedstawiających bananowca, brakuje tych z Azji, ale te nie nadają się do publikacji, za słaba rozdzielczość.

Banan na Wyspach Kanaryjskich 1      Banan na Wyspach Kanaryjskich 2      Banan w Maroku 2   

Banan na Florydzie    Banan na Bahamach    Banan w Maroku 1  

  Banan na polu go minigolfa  





Que o brasileiro tem o seu valor!

5 02 2008

Dziś kończy się karnawał, wiem, żenada. Cóż, jednak ze względu na swoje zainteresowania lingwistyczne powinienem coś wspomnieć o tym wydarzeniu. Żenujący może być jednynie fakt, że ograniczę się do najbardziej rozreklamowanego karnawału w Rio de Janeiro. Nie będą mnie jednak interesowały nagie, pomalowane na złoto czarne półboginie seksu tańczące na złotych i opierzonych podestach, lecz kwestia muzyczna.

Dla tych, którzy od jutra będą słuchać radia dwa razy ciszej niż zwykle jest jeszcze szansa żeby ściągnąć najnowszą składankę Sambas de enredo 2008, której przeboje rozlegają się pewnie jeszcze teraz na sambodromie w Rio. Sambas de enredo to ciekawa płyta ukazująca się co roku i zawierająca 12 przebojów na karnawał. Każdy z kawałków przygotowany jest przez inną szkołę samby, które rokrocznie rywalizują o miano najlepszej. Sambas de enredo ściągam sobie co roku od przynajmniej czterech lat i jest to najlepsza droga by poznać prawdziwą sambę, ta grana w RMF FM do takiej nie należy. Muzyka jest właściwie zawsze taka sama, głośny bęben, dzwonki i koleś ryczący do mikrofonu, po pół godziny słuchania ma się dość. Teksty jednak są szalenie interesujące. Powinny one opiewać historię Brazylii lub dzielnicy, z której pochodzi dana szkoła samby i są ważną składową oceny szkoły przez jury. To co rozbrzmiewa jednak na sambodromie jest przedziwną mieszanką pretensjonalnego patriotyzmu, lokalnych nacjonalizmów, socjalistycznych ideałów i wielu innych pomiesznaych w przedziwny sposób wartości jak miłość, wiara itd.

Nie będę się rozwodził, niech słowa mówią same za siebie. Jeden z ciekawszych tekstów tego roku przygotowała szkoła Vila Isabel, z którego cytat stanowi tytuł tego wpisu.

Que o brasileiro tem o seu valor! Meu Deus ajude o trabalhador!

Naród brazyliski ma swą wartość! Boże wspomóż pracujących!

Comemora quem tanto lutou
Tempo de industrialização,
Candangos, então, erguem Brasília
Sindicato consciente,
Terra para nossa gente cultivar democracia
Avante trabalhadores de Vila Isabel
Suor dessa gente, construiu esta nação
Verdadeiros filhos desta chão

Wspomnijmy wielką walkę, z czasu rewolucji przemysłowej, z czasu budowy stolicy Brasilii, powstania związków zawodowych, ziemia naszych ludzi czci demokrację, Naprzód ludu pracujący z Vila Isabel! Pot tych ludzi zbudował naród, prawdziwych synów tej ziemi.

Hoje é dia do trabalhador
Que conquistou o seu lugar

Dziś jest dzień pracujących, konkwistadorów swego miejsca.

Tekst ten nie jest specjalnie efektowny, ale pokazuje w ciekawy spodób, co myślą ludzie z biednych dzielnic, a co tranmitowane jest bez żadnego zrozumienia w świat.

Znacznie bardziej efektownym tekstem jest propozycja Imperatriz Leopoldinense. Tekst całkowicie odjechany, więc pozwolę sobie przytoczyć jego całość. Zdradza on meandry brazylijskiej stylu myslenia. Posłuchajmy:

Maria uma princesa
Também sonhava
Um dia um príncipe encontrar
E ouviu do rei de França
Em meio ao luxo e a bonança
Maria Antonieta tu serás
Em portugal, outra rainha, dona Maria
A louca não podia governar
Delirava temendo a revolução
E entrega o reino à João
Regente assi se fez, e o imperador francês
Ordena a invasão

Ou ficam todos
Ou todos se vão
Embarcar nessa aventura
E “Aur revorir Napolão”Cruzaram mares 

Chegaram ao Brasil
São novos ares, progresso e a transformação
Vieram as Marias, toda fidalguia, dom João
O tempo passou, irão se casar
Duas Marias da mesma raiz
Luisa com Napoleão
E Leopoldina será nossa Imperatriz
Será também nome de trem
Que passa em Ramos a nossa estação
Onde imperam Marias e Joãos

Vem brincar nesse trem amor
Que vai parar na estação do coração
Faz brilhar no céu Imperatriz
As onze estrelas do teu pavilhão

Maria księżniczka także marzyła, że spotka kiedyś księcia. Wysłuchał tego książe Francji, żyjący w luksusie i spokoju. To byłaś ty Mario Antonino! W Portugalii inna królowa Maria, była szalona i nie mogła juz rządzić, wznieciono rewolucję, która wyniosła regencję króla Jana, zaś cesarz Francji zlecił inwazję.

Albo zostajemy wszyscy, albo jedziemy wszyscy! Zaczynamy przygodę, więc au revoir Napoleonie!Płynęli przez morza i dotarli do Brazylii, zaczęli nową erę, postępu i zmian. Były dwie Marie, księżniczki z tego samego korzenia , czas mijał i musiały wyjść za mąż. Dwie Marie siostry , jedna Louisa wyszła za Napoleona, a druga Leopoldina została naszą cesarzową, której imię nosi pociąg, który mija naszą stację, gdzie kiedyś rządziły Marie i Jan. Przybędzie ten pociąg miłości, który zatrzyma się na stacji serce. Będzie świecił na niebie cesarzowej, jak jedenaście gwiazd na Twym budynku dworcowym.

Należy dodać, że szkoła Imperatriz Leopoldinense wzięła swą nazwę właśnie od cesarzowej, a główny dworzec Rio też nosi jej imię.

Jak więc widzicie, ktoś kto to pisał nie mógł być zbyt trzeźwy. Zachęcam do ściągnięcia składanki i pozdrawiam.