Jubileusz
24 03 2008Muszę się Wam przyznać, wiem że to żenada. Ochodzę dziś jubileusz, pobiegłem po raz setny odkąd prowadzę komputerową statystykę w excelu. Stan licznika na dziś 789,85 kilometra.
Pierwszy wpis w mojej tabelce to 30 września 2006 roku. Pamiętam bardzo dobrze ten bieg. Byłem wtedy jeszcze na Florydzie. Walizki były już spakowane przed powrotem do kraju. Ubrałem spodenki, posmarowałem ciało faktorem X i opuściłem dom. Moja trasa biegła wokół największego na Florydzie centrum handlowego. Jego obwód wynosił 6 km i jest on największą poza Disneylandem atrakcją turystyczną Słonecznego Stanu. Było to wyborne miejsce do biegania, ponieważ ulice okalające Sawgrass Mills Mall miały (to wielka rzadkość w USA) chodniki. Całe centrum handlowe znajdowało się w bezpośrednim sąsiedztwie bezkresnych bagien. Bieg jak każdy inny na Florydzie, słońce omało mnie nie roztopiło (w tej temperaturze i wilgotności przebiegnięcie 5 km równa się wysiłkowi przebycia 20 km w naszych szertokościach). Pod koniec biegu na mojej drodze stanął metrowy aligator. Popatrzył na mnie, zasyczał coś i uciekł do sadzawki obok. Przebiegłem 6,7km, a potem jak każdy porządny obywatel zadzwoniłem na 911 żeby poinformaować władze o obecności gada.
W notowanym okresie brałem udział w dwóch zawodach z miernym skutkiem. Pierwsze, sylwestrowy Bieg Radości 31 grudnia 2006, były bardzo słabym występem. Trasa okalająca wały Wisły była oblodzona, a niskie ciśnienie spowodowało, że 10 km przebyłem w żenującym czasie 49m i 50s. Bieg organizowany był przez towarzystwo Kompas, które na codzień zajmuje się dystrybucją map, był bardzo źle zorganizowany. Ten sam typ rozczarowania spotkał mnie w czasie listopadowego Marszobiegu Niepodległosci. Biegłem już w tej imprezie wcześniej w 2002 i 2003 roku i bardzo mi się podobało, zeszłoroczna edycja jednak była kompletną amatorką. Nie było numerów startowych, każdy przez cały bieg dzierżył w ręku karteczkę z numerem, udział w zawodach brała tylko dzieciarnia z gimnazjum i kilku zdegustowanych “fachórów”, wyników do dziś nie opublikowano. Żenada, już nigdy nie pobiegnę w Marszobiegu.
W prawie półtorarocznym okresie czasu nie brakowało ciekawych biegów. W jednym z ostatnich, po plaży, na odcinku 9,6km biegłem cały odcinek boso i przypłaciłem to bolesnymi otarciami palców i uziemieniem na cały dzień (do kibla musiałem chodzić na piętach, bolesne).
Ostani trening nie zapisał się niczym interesującym i dobrze, bo w przeciwieństwie do pierwszego wpisu regularne bieganie to nie przygoda i spotkania z interesującymi i egzotycznymi zwierzętami tylko praca i żelazna konsekwencja. Bieganie to coś, co sprawia mi wiele radości w życiu, ale o co muszę dbać. Bardzo często muszę się nabiedzić sam ze sobą, aby ruszyć mój otłuszczony brzuch i trochę się poruszać na powietrzu. Prawie nigdy jednak nie żałuje.
Stan licznika na dziś 789,85 kilometra, wiem, żenująco mało, po przeliczeniu wychodzi mniej więcej 1,46km dziennie. Przeliczając to jednak na ilość treningów, wychodzi że co tydzień biegłem 7,89km. Całkiem niezła średnia na trening. W tym roku jest nieźle, dzisiaj osiągnąłem 158,55km, przy 20 treningach, to daje bieg prawie co 3 dni ze średnią 7,92. Częstotliwość 2 razy większa niż wcześniej dobrze rokuje, ale pewnie jak przyjdą wakacje znów zestopuje.
Plany na przyszłość są oczywiście wielkie. Obecnie nieco martwie się ścięgnem achillesa, ale próbuje się oszczędzać i bardzo powoli zwiększam dystanse. W najbliższej przyszłości planuje udział w Półmaratonie Jurajskim w czerwcu w Rudawie. Piękny bieg. Polecam każdemu i zapraszam do wspólnych treningów!
Wpis numer 24, 31 grudzień 2006, 10km, 49m. 50s.
Wpis numer 69, 10 listopad 2007, 4,8km, czas nieznany.
Wpis numer 91, 29 luty 2008, 10,99 km, 1godz. 15m. 32s.
Kurde, pomijam fakt, że twoja konsekwencja jest powalająca. Mnie, jak zapewne miałeś okazję zauważyć, nachodzi falami. Zazwyczaj kończy się to tak, że biegnę dystans przekraczający znacznie moje możliwości w danym momencie, jestem totalnie zmęczony, wszystko mnie boli i mam te zajebiste “mroczki” przed oczami kiedy kończę (będąc na granicy omdlenia). Chore, no ale tak już mam.
Myślę, że mógłbym uprawiać taki zawód, tzn. biegać po Florydzie (albo śmigać rowerem) i informować władze o aligatorach. Albo rozprawiać się z nimi samodzielnie przy użyciu jakiejś dwururki (chociaż to bez sensu, lepiej je przeganiać). W grę wchodzi wylansowany kostium, “R” na klacie i peleryna. Żyć nie umierać.
Nie wiem jak będzie z bieganiem w najbliższej przyszłości, trochę mi przeszło i mam o wiele większą chętkę na trzaskanie setek na rowerze. Plan numer 1: Twierdza Kraków. Planów numer dwa mam setki. Jeśli jesteś zainteresowany (a pewnie przynajmniej w teorii jesteś) to omówimy szczegóły